Jump to content
Search In
  • More options...
Find results that contain...
Find results in...
Sign in to follow this  
`10

Kazimierz Deyna - Biografia

Brak odpowiedzi w tym temacie

Recommended Posts

KAZIMIERZ DEYNA - POLSKI PIŁKARZ WSZECH CZASÓW

 

Obszerna biografia , ale warto znać historię tego piłkarza :) .

 

 

deyna_kazimierz.jpg

 

 

Starogard to miasto, w którym w roku 1947 na świat przyszedł Kazimierz Deyna. Stąd do Gdańska, na północ, jest pięćdziesiąt kilometrów. Do Kościerzyny, na zachód - niecałe trzydzieści. Szosą na wschód jedzie się do Tczewa i już za Wisłą do Malborka. Niecałą godzinę do Borów Tucholskich, położonych na południowy zachód od miasta. W przeciwnym kierunku znajduje się Pelplin, ze wspaniałą katedrą i Biblią Gutenberga. Wszędzie wokół lasy i jeziora. Przez Starogard przepływa Wierzyca, która kilkanaście kilometrów dalej, pod Gniewnem, wpada do Wisły. Kim z pochodzenia był Kazimierz Deyna? Dla mieszkańców centralnej Polski, ludzie wywodzący się z regionów Pomorza Gdańskiego to w większości Kaszubi. Po zapoznaniu się bliżej z tą grupa etniczną dowiadujemy się, że żyją tam jeszcze Kociewiacy. To do tej drugiej grupy etnicznej należała rodzina Deynów. Wprawdzie nazwisko rodu wielkiego piłkarza brzmiało Deja. Na Deynę zamienił je pradziadek Kazimierza, który za czasów Franciszka Józefa, żeby nie stracić pracy, a był wozakiem, dopisał do nazwiska litery "y" i "n". Czym się charakteryzowali Kociewiacy? Przede wszystkim mową. Kaszubi rozmawiali głównie po kaszubsku, a w Starogardzie Gdańskim, w mieście, które jest uznawane za stolicę Kociewia, więcej osób mówiło po polsku. Poza tym obie te nacje żyły w zgodzie. Różniła ich tylko mowa.

 

Ojciec Kazika - Franciszek Deyna (ur. 28 października 1911 roku, zm.18 lutego 1976 roku) pochodził ze wsi Osiek, leżącej w Borach Tucholskich, 25 kilometrów od Starogardu, do którego przeprowadził się po wojnie. Mama - Jadwiga z domu Sprengel (ur. 29 kwietnia 1917 roku, zm. 6 marca 1981 roku) mieszkała w małej osadzie, o nazwie Freda, dziś została wchłonięta przez rozbudowujący się Starogard. Mieli dziewięcioro własnych dzieci i dziesiąte adoptowane. Pierwszych troje urodziło się w Osieku: Irena w 1939 r., Henryk w 1940 r. i Franciszek w 1942 r. Wanda w 1943r. była córką siostry ojca, po śmierci rodziców w czasie wojny przyjęta do rodziny Deynów. Teresa urodziła się w roku 1946, Kazimierz w 1947roku (wg odpisu z aktu urodzenia Kazik był 370 dzieckiem, które przyszło na świat w 1947 roku w Starogardzie), Elżbieta w 1949 r., Maria 1956 r., Jadwiga w 1958 r. i Barbara w roku 1960. Trzech synów, siedem córek. Przy tej liczbie potomstwa mama zajmowała się domem. Tata zaś pracował w mleczarni, słynął z wytwarzania znakomitych serów. Sportem prawie się nie interesował. W piłkę w ogóle nie grał, ba, nie chodził nawet na mecze! Dopiero kiedy Kazik wyjechał z miasta, zaczęły o nim pisać gazety i pokazywała telewizja, pan Franciszek włączał wiekowe radio "Pionier", służące mu głównie do słuchania Wolnej Europy, by oddać się lekturze lub posłuchać co też o synu mówi redaktor Jan Ciszewski.

 

Pan Franciszek zmarł nagle na serce w wieku 65 lat. Stało się to w zimie 1976 roku. Pani Jadwiga zmarła w marcu 1981 roku. Pochowana została obok męża, przy jednej z głównych alei starogardzkiego cmentarza. Kazik na pogrzeb nie przyjechał. Mieszkał już w tym czasie w Ameryce. Groby są zawsze czyste, na pomnikach stoją kwiaty. Dbają o to dzieci i wnuczęta.

 

Najstarsza siostra Irena przez kilka lat mieszkała w Gdańsku, ale wróciła do Starogardu. Henryk od 1964 roku mieszka w Łodzi. Maria i Jadwiga wyjechały w latach osiemdziesiątych do RFN. Wszyscy pozostali żyją, pracują i wychowują już własne dzieci (a nawet wnuki) w rodzinnym mieście.

 

W latach pięćdziesiątych w Starogardzie działały trzy kluby - Włókniarz, Starogardzki Klub Sportowy i Unia. Henryk, najstarszy brat, grał we Włókniarzu, ale nigdy z Kazikiem. Jednak Henryk skończył karierę dość wcześnie. Twierdził zresztą, iż nie miał talentu, jednak z przyjemnością patrzył na brata, który bez piłki nie mógł żyć. Zabierał więc Kazika na swoje treningi i mecze, by mógł być blisko tego co lubił. W takich momentach Kazio stawał za bramką i podawał bratu piłki; nie miał wtedy dziesięciu lat. Franciszek grał w Starogardzkim KS w pomocy lub jako stoper. Nie był piłkarzem Włókniarza, nie mógł więc grać z Kazikiem w jednej drużynie. Raz się zdarzyło, że wystąpili przeciwko sobie. Franciszek kończył już karierę, a Kazik wznosił się dopiero na jej szczyty. Jego pierwszą bramką stało się zwykłe krzesło w mieszkaniu przy ulicy Lubichowskiej 90. Interesował go tylko sport. Uczył się w podstawówce numer 4, przy ulicy Warszawskiej, a później w Zasadniczej Szkole Zawodowej przy Starogardzkich Zakładach Obuwniczych. Pierwszym trenerem, który rozwijał talent Kazika był Henryk Piotrowski, starogardzki instruktor, były piłkarz Włókniarza. Opieka nad trampkarzami, w grupie w której znalazł się Kazik, była jego pierwszym zajęciem w nowej roli. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w świecie triumfowała już brazyliana. Pele zdobywał swój pierwszy tytuł Mistrza Świata. W Polsce jeszcze przez kilka lat obowiązywał stary system 3-2-5, czyli przed wojenny WM, wymyślony w Anglii. Środkowy napastnik miał w nim numer 9. Kazik umiał strzelać gole i najczęściej właśnie on wkładał koszulkę z "dziewiątką". Był wyższy od większości kolegów, szybszy od nich, sprawniejszy. I ćwiczył jak nikt!

 

Na boisku Włókniarza, przy ulicach: Parkowej i Sportowej, znajdował się nieduży budynek, w którym mieściły się szatnie, magazyn piłek i reszty sprzętu. Mieszkał tam gospodarz klubu, pan Franciszek Rosani, dusza całego Włókniarza. Tam przychodziło się jak do domu. Jeszcze z ulicy Lubichowskiej Kazik przyjeżdżał na boisko rowerem, później, przez kilka lat chodził pieszo z kolejnego mieszkania, jakie zajmowała rodzina. Znajdowało się przy ulicy Grunwaldzkiej 7, parę minut drogi od boiska, bo to było bardziej boisko niż stadion. W domu przy ulicy Grunwaldzkiej, zbudowanym w latach dwudziestych, chyba jeszcze przez Niemców znajdowało się dziewięć mieszkań na parterze, pierwszym piętrze i poddaszu. Wchodziło się tam po drewnianych krętych schodach, w kaflowych piecach zimą paliło się węglem. Tutaj Kazik spędził ostatnie pięć lat w Starogardzie, tu przyjeżdżały czarne wołgi, stąd wyjechał w świat...

Z biegiem czasu dochodziło do zmiany warty. Kazik stawał się gwiazdą starogardzian, a w Gdańsku zaczęło o nim być coraz głośniej. Jego faworytami byli - Pele i Eusebio, najlepsi wtedy na świecie. Kazik zaczął jeździć na treningi okręgu juniorów Gdańska. Trener Henryk Piotrowski zdając sobie sprawę z faktu posiadania diamentu, który kto inny będzie szlifował, starał się, dopóki to było możliwe, robić wszystko, aby proces ten nie nastąpił zbyt szybko i niekorzystnie dla młodego, niedoświadczonego jeszcze chłopca. Wiedział co robi. Próbował uchronić swojego podopiecznego przed niebezpieczeństwami, jakie niósł znacznie poważniejszy futbol od tego, z jakim dotychczas Deyna miał do czynienia w Starogardzie. Udało mu się to tylko częściowo. W 1965 roku, pod dom na ulicy Grunwaldzkiej 7 zaczęły podjeżdżać samochody z Trójmiasta i innych, dalszych ośrodków. Już dwa lata wcześniej Lechia Gdańsk wysłała list do OZPN z prośbą o pomoc w sprowadzeniu do Gdańska Kazimierza Deyny. Jednak nic z tego nie wyszło. Lechia nie zrezygnowała, a do rywalizacji dołączyła również gdyńska Arka. Pierwsze podejście Lechii okazało się niewypałem i niezłym pośmiewiskiem. Pracownicy Lechii przychodząc do domu Kazika podali się za przedstawicieli Partii. Na co mama Kazika odpowiedziała w dosyć głośnym tonie - "Aaa, z Partii - to paszli won!":) Władze Lechii do następnej wizyty przygotowali się wybierając bardziej rozgarniętych ludzi i informując listownie rodziców Kazika, jak i samego pana Piotrowskiego, by przygotować sobie grunt pod rozmowy. Trener jednak nie zamierzał puszczać Kazia tak wcześnie w świat. Oferta Lechii była następująca: 40 tysięcy złotych dla rodziny, a dla Kazika pokój z kuchnią w Gdańsku i miejsce w szkole. Dla rodziców była to kwota astronomiczna, kiedy ojciec postanowił podpisać stosowne dokumenty, Kazio odparł do obecnego przy transakcji działacza, że nie pójdzie za mniej niż 80 tysięcy złotych. Wtedy ojcu wypadło pióro z ręki, a działacz upuścił szklankę z herbatą. Wynik tej transakcji był następujący: działacz zawinął się na pięcie i wyszedł w nerwach, odgrażając się Kazikowi, że "(...)nigdzie nie wyjedzie po za granice tej dziury!(...)". Jednak wkrótce przyjechali działacze z Gdyni. Nastąpiła ta sama sytuacja co z Lechią, z tym, że zaoferowali 3 tysiące złotych, a rodzice tym razem podpisali kartę zawodniczą. I to był błąd. W ten sposób stał się członkiem dwóch klubów jednocześnie - Włókniarza i Arki. A to musiało skończyć się dyskwalifikacją, bez względu na intencje czy niewiedzę młodego piłkarza. Toteż Gdański OZPN szybko zdyskwalifikował go na dwa miesiące. Henrykowi Piotrowskiemu nie pozostało nic innego, jak ratować sytuację w Gdańsku. Pojechał do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, spotkać się ze znanym mu drugim sekretarzem i fanatykiem gdańskiej Lechii, by tam wszystko odkręcić; ze znakomitym skutkiem zresztą. Wydawało się, że dyskwalifikacja potrwa jedynie dwa miesiące, jednak sprawa trafiła do Warszawy. Polski Związek Piłki Nożnej nałożył na Kazia 9 miesięcy dyskwalifikacji, czego nie mógł zmienić nawet Komitet Centralny. Po całym zamieszaniu Kazik pozostał w Starogardzie i teraz pan Piotrowski mógł w większym spokoju myśleć o jego przyszłości, na co w sumie miał czas (9 miesięcy kary). Losy Kazika rozstrzygnęły się w pierwszych dniach roku następnego. Włókniarz należał do tej samy federacji co Łódzki Klub Sportowy. Wszystko mieściło się w tej samej branży przemysłowej. Dyrektorzy z prezesami doszli więc do porozumienia, nie przejmując się zakusami klubów z Trójmiasta. Tym razem pan Piotrowski nie miał już wpływu na dalsze losy, mimo iż był pracownikiem ww. zakładów, dla niego to było wiadome, że zadzwoniono z ważniejszego gabinetu. Jedyne co mógł zrobić to przekazać ostateczne wskazówki swojemu wychowankowi i spakować go na zimowe zgrupowanie ŁKS-u. W ten sposób, w środku zimy w styczniu 1966 roku Kazimierz Deyna opuścił na zawsze swój rodzinny Starogard. Ostatni mecz jaki rozegrał w Starogardzie, to mecz reprezentacji juniorów z kadrą Wilna. Miał wtedy 18 lat i trzy miesiące.

 

Kazik mieszkał w Łodzi na ulicy Wrześniowej 26 (obecna Powstańców Wielkopolskich), w dzielnicy Żubardź. Dzielił mieszkanie z Henrykiem - swoim bratem, i jego żoną, a wkrótce także z ich pierwszym synem. Woleli taki układ niż jakiś samodzielny pokoik, który mógł Kazikowi wynająć ŁKS. Łódzki klub nie spieszył się, z taką decyzją z dwóch powodów. Pierwszy stanowił fakt iż, po upływie dyskwalifikacji stanie się zawodnikiem Arki Gdynia (wg obowiązujących wtedy przepisów), co wyszło na jaw dopiero po przybyciu do Łodzi. Drugi to dyskwalifikacja nałożona przez PZPN, która pozwalała jedynie na uczestniczenie w treningach, trudno więc było określić przydatność do pierwszego zespołu. Z czasem w mieszkaniu na Wrześnieńskiej zaczęli pojawiać się wysłannicy z Arki, którzy namawiali Deynę do powrotu na Wybrzeże. Deyna jednak zgodzić się nie chciał. Dla działaczy ŁKS-u najazdy Gdynian nie stanowiły zagrożenia. To co najgorsze dla władców z al. Unii dopiero miało nastąpić. O Deynę upomniała się armia. Z początku nie wyglądało to groźnie, ponieważ zgłosiły się o niego Zawisza Bydgoszcz i Legia Warszawa, które toczyły walkę o zawodnika między sobą, co wprowadziło wiele bałaganu do tego stopnia, że trzeba było ponownie ustalać miejsce pobytu poborowego. Bogu ducha winien Deyna nagle stał się człowiekiem poszukiwanym przez wojsko i milicję, za uchylanie się od służby wojskowej. Kazik noce zaczął spędzać w domu, zaś w czasie treningów, pod stadionem wystawiano tajniaków, którzy wypatrywali czy nie przyjechała przypadkiem milicja. Zdawało to egzamin na dosyć długi czas, aż w końcu któregoś dnia do domu przyjechał dzielnicowy. Jak się później okazało po to, by namówić Deynę na przejście do "Białej Gwiazdy", ale akcja zakończyła się fiaskiem, a Kazik spędził noc w areszcie. Rano następnego dnia sprawą zajęły się władze wojskowe. Po kilku miesiącach spędzonych w Łodzi na treningach i zabawach w chowanego z patrolami, Deynie skończył się okres zawieszenia. Mógł zagrać w oficjalnym meczu, bez obaw, że skończy się to następną kara. Zadebiutował w drugim zespole ŁKS-u, który wygrał z Włókniarzem Białystok 7:2. Kazik strzelił pięć goli!

 

8 października 1966 roku, prawie rok po debiucie w reprezentacji juniorów, postanowiono sprawdzić Deynę w lepszym towarzystwie. Kazik zagrał po raz pierwszy w I lidze. ŁKS grał u siebie z Górnikiem i zremisował 0:0. Debiut wypadł przeciętnie, biorąc pod uwagę późniejsze osiągnięcia. Kiedy jego nazwisko pojawiło się w sprawozdaniach obok tych najsłynniejszych, w Legii potraktowano fakt prestiżowo. ŁKS miał pecha, nastąpił okres jesiennego poboru, wkrótce po debiucie trzej piłkarze otrzymali karty powołania. Na liście znaleźli się: Kazimierz Deyna, Zdzisław Kostrzewiński i Edward Studniorz. Na początku wybuchła fala krytyki ze stron łódzkich działaczy, później doszło do negocjacji, w wyniku czego Legia miała wziąć tylko jednego zawodnika. Dwóm pozostałym służbę wojskową odroczono. Dziś, po tylu latach, twierdzi się, że Legii było dokładnie wszystko jedno, który piłkarz przeniesie się do Warszawy. Żaden nie należał do asów i nawet nie było pewności, czy w ogóle trafi do pierwszej jedenastki wojskowych (tak jak w późniejszych latach, w przypadku Henryka Kasperczaka, ale to już inna historia). Decyzję oddano więc w ręce działaczy z Łodzi. Ci zastanawiali się dość długo, a zdecydowali się w końcu na pozostanie Kostrzewińskiego i Studniorza, na ich występy liczono bardziej. Deyna miał zaledwie jeden mecz w I lidze, a to stanowczo za mało do określenia przydatności i możliwości gracza. Tak więc ddali Kazika, który tego dnia wydawał się im najsłabszy. W ten sposób Kazimierz Deyna, kilka dni po debiucie w ekstraklasie, wyjechał do stolicy.

 

Nazywali go "Kaka". Sam nie wiedział dlaczego. Jedna z wersji mówi, że to od rodzaju strzałów, z których Deyna zasłynął. "Kaka", czyli "kaczka" - strzał, po którym piłka uderza w ziemię przed bramką, myląc tym obrońców i, przede wszystkim, bramkarza. Piłka przez niego kopnięta zachowywała się jak kamień, rzucony płasko na wodę, który, nim ostatecznie się w niej zagłębi, uderzy kilkakrotnie o powierzchnię. Tę wersję należałoby jednak odrzucić, ponieważ "Kaka" mówiono na Kazika jeszcze nim zaczął regularnie, w niemal każdym meczu imponować swoimi strzałami. Władysław Stachurski, powiedział kiedyś, że określenie wzięło się od sposobu chodzenia Deyny. Był wysoki, miał metr osiemdziesiąt wzrostu, a chodząc, stawiał nogi do środka, co sprawiało, że "kołysał się jak kaczka". Jak się później okazało przydomek stał się, nieodłączną częścią nazwiska. Szybko stał się gwiazdą warszawskiej publiczności. Genialność Deyny polegała na tym, że wielu ludzi nie rozumiało jego gry, a najbardziej jej nie rozumiano na Śląsku. Jak grał? Nie trzeba słów. Można jego grę analizować na wiele sposobów, a i tak się jej nie zrozumie, bo geniusz zrozumieć niełatwo. Deyna nie był bystry ani rozmowny, unikał rozgłosu, a udzielanie wywiadów stanowiło dla niego katorgę. Nie umiał opisać najprostszej akcji, którą przeprowadził, ale gdy wychodził na boisko, przerastał o kilka poziomów inteligentnych absolwentów wyższych uczelni. Deyna był pupilem trenera Vejvody. Rola czeskiego trenera w rozwoju Kazika jest chyba większa niż wtedy myślano i uważa się dziś. Kiedy trzeba - krzyknął, innym razem pochwalił. Ich rozmowy w klubie w cztery oczy toczyły się niemal codziennie i dotyczyły rożnych spraw. Od szkoleniowych począwszy, a na osobistych i wręcz intymnych skończywszy. Kazimierz Deyna przyszedł do Legii w połowie października 1966 roku. Nie wiedział jeszcze, że spędzi w niej dwanaście lat. Najlepszych dwanaście z czterdziestu dwóch. Zaczynał nowe życie. Pierwsze trzy tygodnie spędził w jednostce samochodowej, znajdującej się niedaleko stadionu Wojska Polskiego, przy ulicy Podchorążych. Po niecałym miesiącu przeniósł się do Ośrodka Sportowego, mieszczącego się wtedy na rogu ulic Łazienkowskiej i Czerniakowskiej, nadal jednak podstawowym ubraniem Kazika był mundur szeregowca. Po przysiędze zaprowadzono go na trening pierwszej drużyny. Minęło pięć kolejnych dni i 20 listopada 1966 roku zobaczono go po raz pierwszy w barwach Legii na Łazienkowskiej, w meczu ligowym z Ruchem Chorzów. Przyszedł do Legii i to jakiej, do Legii, która była naszpikowana gwiazdami, takimi jak: Brychyczy, Blaut, Grotyński, Żmijewski, młody Gadocha (później uznany za najlepszego skrzydłowego na świecie). Początki go przeraziły. Kiedy zjawił się na Łazienkowskiej, rozgrywki miały się ku końcowi, w lidze wiodło się legionistom niezbyt dobrze. Jesienią 1966 roku nie wygrali ani jednego z siedmiu spotkań w Warszawie i zakończyli ten rok na dziesiątym miejscu w tabeli. W ekstraklasie grało wtedy czternaście drużyn. Przez pierwsze trzy miesiące w parze z Deyną ćwiczył Jacek Gmoch. Wybrał sobie Kazika, widząc w nim prawdopodobnie kogoś, z kim może rywalizować. Pomysł stworzenia stałej pary z Gmocha i Kazika okazał znakomity i dla nich obydwu, i dla drużyny. Z polecenia trenera Gmoch stał się opiekunem wchodzącej do drużyny "Kaki" nie tylko na boisku, ale i poza nim. W dość szybkim czasie polecenie stało się przyjemnością, do tego stopnia, że trudno im było się rozstawać po treningach. Ich wspólne treningi prowadziły do ciągłej rywalizacji. Najważniejszy dla kariery "Kaki" był chyba pierwszy mecz w barwach Legii. Z ŁKS-u do Legii przychodził jako napastnik i w napadzie wystawiono go w debiucie przeciwko Ruchowi. Vejvoda popatrzył jak chłopak gra, by po spotkaniu wypowiedzieć w szatni zdanie: "Kaziu, ty jseś rozeny zaloźnik" - jesteś urodzonym pomocnikiem. Od tej pory Deyna stał się graczem drugiej linii, mając w niej za partnerów Bernarda Blauta, a później Lucjana Brychyczego. Zajął miejsce Wiesława Korzeniwskiego, w tamtych czasach uchodzącego za największy talent Warszawy. 28 maja 1967r. Legia pokonała we Wrocławiu Śląsk 3:1, a Kazimierz Deyna strzelił wszystkie trzy bramki w ciągu połówki pierwszej połowy - to był jego pierwszy hat-trick w lidze. Ligowa jesień w 1967 stanowiła popis Legii, która w dwunastu meczach poniosła tylko jedną porażkę, z Górnikiem Zabrze. Był to też pierwszy sezon, w którym Kazimierz Deyna występował stale w drugiej linii. Po kontuzji kończącej karierę Jacka Gmocha w sierpniu 1968 roku i odejściu Henryka Apostela, ukształtowała się jedenastka, która później zdobyła pierwszy tytuł Mistrza Polski od 1956 roku. Drużyna była zgrana, a role w niej podzielone. Deyna był najmłodszy, a mimo to najczęściej decydował o grze i o wyniku. Zmieniła się drużyna, zmieniło się również życie Kazimierza Deyny. Do października 1968 roku pełnił zasadniczą służbę wojskową. Dopóki służył w wojsku, nie musiał myśleć o samodzielnym życiu. Wszystko podawano mu pod nos, na brak pieniędzy nie narzekał. Jeździł wtedy często do Starogardu, po każdym takim pobycie w kieszeniach rodzeństwa lub ich dzieci zostawały jakieś złotówki. Im grał częściej i lepiej, tym było ich więcej. W tym czasie miał też kilka propozycji z innych klubów. Jednak Legia już dobrze wiedziała jaki skarb jej się trafił i nie zamierzała się go pozbywać. Ponieważ nie bardzo wiedziała co mu zaproponować i jak potraktować ŁKS, którego zawodnikiem Deyna stawał się automatycznie w dniu zakończenia służby wojskowej, dokonano więc prostego zabiegu. Kiedy dni odejścia zbliżały się milowymi krokami, Deyna dostał rozkaz z Ministerstwa Obrony Narodowej. Treść pisma oznajmiała, że Kazimierz Deyna zostaje przeniesiony do Marynarki Wojennej, a jednocześnie mianowany zostaje na stopień "Bosmanmata". Ponieważ sam Kazik nie bardzo mógł się zdecydować jak pokierować swoimi krokami - list przyjął z ulgą.

 

Pierwsze samodzielne mieszkanie jakie otrzymał od Legii, to kawalerka przy ulicy Płockiej na Woli. Deyna spędził tam kilka miesięcy. Było z tym trochę problemów, bowiem lokator lubił korzystać z życia. Mieszkanie stało się i kawalerką, i garsonierą w potocznym rozumieniu. Deyna miał niewiele ponad 20 lat i wszelkie prawa do poznawania świata. Czasami nawet nieco z tym przesadzał. Zdarzało się, że nawet w tym pierwszym okresie gry w Legii, kiedy należało szczególnie walczyć o miejsce, Kazik zapominał o swoich obowiązkach. Czasami trzeba go było szukać po całej Warszawie. Raz spóźnił się na zbiórkę przed wyjazdem na mecz do Krakowa, innym razem w ogóle nie pojechał na obóz do Jugosławii. Z tych samych powodów (a była to jego pierwsza zima w Legii), trenował przez dwa tygodnie w błocie po kostki z drugą drużyną, na bocznym boisku, co dało mu trochę do myślenia. Na jakiś czas przynajmniej. Nigdy nie palił, nie pił, uwielbiał tylko "bliskie kontakty trzeciego stopnia" z kobietami. Z wzajemnością zresztą. Któregoś lutowego dnia 1967 roku, pod pensjonat w Szklarskiej Porębie, w którym przebywali legioniści, przyjechała dziewczyna z walizką. Najpierw upewniła się czy aby dobrze trafiła, po czym oznajmiła: - "Ja do pana Deyny. Jestem zaproszona". Pana Deynę oczywiście poinformowano o miłej wizycie, ale pana trenera również. Vejvoda zaprosił go do swojego pokoju i z cierpliwością, jaka cechuje ojca strofującego dziecko powiedział: - "Kaziu, skoro panienkę zaprosiłeś, to nie wypada się nią nie zająć. Wynajmij jej pokój na tę noc, zaproś na herbatę, bo dziewczyna wygląda na zziębniętą, a potem idź na stację i kup jej bilet powrotny do Warszawy. Koniecznie na jutro rano. Ale pożegnaj się z nią już dziś". Takie to były początki życia Kazika w wielkim mieście. Kiedy kończył się dodatkowy rok służby, o istnieniu Deyny przypomnieli sobie działacze z al. Unii, którzy dotychczas w ogóle się nim nie interesowali. Na tyle uraziło to Kazika, iż postanowił zostać podoficerem zawodowym. Łódzki klub stracił w tym momencie szansę na pieniądze, o jakich myślał. Musiał zadowolić się tylko tymi, jakie w takich przypadkach określał regulamin.

 

W sezonie 1968/69 wydarzyła się historia, o której głośno do dziś. 4 czerca 1969 roku Legia przyjmowała na Łazienkowskiej szczecińską Pogoń. Była ładna, już prawie letnia pogoda, więc w środowy wieczór na stadion Wojska Polskiego przyszło dwanaście tysięcy kibiców. Legioniści zajmowali pierwsze miejsce w tabeli, do końca rozgrywek zostało już niewiele meczów, a Górnik Zabrze z Włodzimierzem Lubańskim na czele czekał na każde potknięcie wojskowych. Miał do nich tylko jeden punkt straty. Pozostałe drużyny w rywalizacji o tytuł Mistrza już się nie liczyły. Zainteresowanie spotkaniem było spore, a atmosfera gorąca. Taka była tamta wiosna w stolicy. Kibice oszaleli na punkcie Vejvody i jego graczy. Pogoń grała przeciętnie, ale miała w ataku dwóch groźnych piłkarzy - Zenona Kasztelana i Mariana Kielca. Kibice Legii nie mieli obaw o wynik, gdy już w trzeciej minucie prowadzenie uzyskał Brychyczy, w kolejnych minutach Deyna podwyższył na 2:0, a tuż przed gwizdkiem oznajmującym przerwę, Pieszko strzelił na 3:0. W trakcie przerwy na stadionie trwało święto. Po piętnastu minutach zapalono jupitery, a piłkarze zmienili strony. Teraz Legia atakowała na bramkę od strony Torwaru. Grotyński w bramce się nudził, a koncert legionistów trwał. Żmijewski i Pieszko zdobyli kolejne gole i było już 5:0 !!! Do końca zostały trzy minuty, ale nikt nie opuszczał stadionu. Należało zostać, by schodzącym piłkarzom podziękować za wspaniałe widowisko. Dzięki temu dwanaście tysięcy kibiców zobaczyło coś, co zdarza się pewnie raz na kilkadziesiąt lat. Bramkarz Pogoni Janusz Białek popełnił wykroczenie metr za linią pola karnego, na wprost bramki. Sędzia z Olsztyna, Włodzimierz Sekuła, podyktował rzut wolny bezpośredni. Deyna strzelił w typowy dla siebie sposób. Podkręcił piłkę wewnętrzną częścią prawej stopy tak, że ominęła mur, zbudowany z zawodników Pogoni, i wpadła w okienko bramki, z lewej strony Białka. Szał jaki zapanował na trybunach, zagłuszył gwizdek sędziego, który dopatrzył się jakiegoś regulaminowego uchybienia i gola nie uznał. Nikt później nie usiłował nawet pytać arbitra jaki miał powód, bo następne wydarzenia sprawiły, iż decyzja sędziego przestała mieć znaczenie. Sędzia nakazał powtórzenie rzutu wolnego. Dla Kazika stanowiło to wyzwanie. Dla Białka i muru jego zawodników również. Stanęli w siedmiu, wydawało się, że zakryją całą bramkę, wyciągając wnioski z poprzedniego uderzenia. Tym razem Deyna kopnął piłkę zupełnie inaczej. Rotacja była mniejsza, potrzebna na tyle, by ominąć mur nisko, obok nóg piłkarzy Pogoni. I nim dobry bramkarz, zdążył się zorientować co się dzieje, piłka leżała już w dolnym roku jego bramki. Czegoś takiego ten stadion nie widział, choć grali na nim najlepsi piłkarze Europy.

 

Od meczu z Pogonią upłynęły niecałe trzy tygodnie. Na Łazienkowską przyjechał wciąż aktualny Mistrz, chorzowski Ruch, z bardzo dobrymi piłkarzami - Piechniczkiem, Maszczykiem, Faberem, Hermanem, Bemem i Bulą, którego na Śląsku kibice uważali za lepszego od Deyny. Ten mecz decydował o tytule Mistrza Polski na sezon 1968/69. I był godny stawki. Ten mecz był jednym z najlepszych, jakie rozegrano na stadionie Wojska Polskiego. Legia wygrała 6:2, prowadząc 4:1 do przerwy. Deyna i Pieszko strzelili po dwa gole, Gadocha i Żmijewski po jednym. Dla Ruchu Maszczyk i Faber z karnego. Na trybunach zabrakło wolnych miejsc. Ponad dwadzieścia tysięcy kibiców doznało szoku. Jarosłav Vejvoda powędrował do szatni na rękach piłkarzy. Kilku z nich zanieśli tam kibice, zdejmując z idoli zielone koszulki z charakterystyczną literą "L" w kółeczku. To wszystko działo się w niedzielę, 22 czerwca 1969 roku. Było to jednocześnie ukoronowanie trzyletniej pracy Jarosława Vejvody, który przejął Legie 1 lipca 1966 roku. Legia zdobyła tytuł Mistrza Polski. Wiosną 1969 roku, lecąc z Legią do Poznania, warszawski bohater poznał na lotnisku Okęcie dziewczynę. Adorował ją przez całą drogę. W Poznaniu już wiedział wszystko. Nazywała się Mariola, a numer telefonu zapisała na "Przeglądzie Sportowym". Na rozmowy międzymiastowe wydawał coraz większe pieniądze. Uczucie było tak głębokie, że zdarzało mu się po przedpołudniowym treningu brać taksówkę z Legii na Okęcie, lecieć do Poznania, spotkać się z Mariolą i wrócić samolotem na trening popołudniowy. Nie mogło się to skończyć inaczej niż w kościele. Ślub odbył się w Poznaniu, 25 lipca 1970 roku. Świadkami byli dwaj najbliżsi koledzy - Bernard Blaut i Władysław Stachurski. Wkrótce młoda para otrzymała mieszkanie na Puławskiej, po trenerze Vejvodzie. Dwa pokoje z kuchnią. Tuż przed wyjazdem Kazika na Igrzyska Olimpijskie do Monachium przeprowadzili się do ich drugiego wspólnego i ostatniego w Warszawie mieszkania w budynku na rogu Świętokrzyskiej i Emilii Plater. Z widokiem na Pałac Kultury. Wróćmy jednak na boisko.24 kwietnia 1968 roku, na Stadion Śląskim w Chorzowie. Reprezentacja Polski, którą prowadził Ryszard Koncewicz, wygrała z Turcją 8:0. Wtedy też Kazik zadebiutował w kadrze grając przez 45 minut pierwszej połowy. Do końca lat sześćdziesiątych, a więc przez kilkanaście lat historii najstarszych rozgrywek - o Puchar Mistrzów, Polacy nie odnosili w nich żadnych sukcesów. Aż do jesieni 1969 roku i całego roku następnego, kiedy to Legia stała się jedną z najpopularniejszych drużyn na starym kontynencie. Zaczęło się o niej mówić tak jak o Realu, Benfice, Interze czy Milanie. To były najpiękniejsze lata, Legia na progu futbolowej Europy. W 1969 i 1970 roku Legia zdobywa Mistrzostwo Polski i z powodzeniem gra w Europejskich Pucharach. Wiosną 1970 bez większych problemów pokonała Galatasaray, a wszystkie trzy gole w obydwu meczach strzelił 36-letni Lucjan Brychyczy, dzięki czemu Legia jako pierwsza polska drużyna, znalazła się w grupie czterech najlepszych w Europie.

 

10 września 1972 roku Reprezentacja Polski pod wodzą Kazimierza Górskiego, zdobywa złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium, a Kazik zostaje królem strzelców turnieju z 9 golami. Igrzyska Olimpijskie w Monachium stanowiły w życiu Deyny pewnego rodzaju przełom. O ile do tej pory większą popularnością w Polsce cieszył się Lubański, a grono zwolenników Kazia systematycznie się zwiększało, o tyle rok 1972 chyba te proporcje zmienił. Dwa kolejne lata zdecydowały o tym, że pozycja Deyny, jako Pierwszego Polskiego Piłkarza Rzeczpospolitej dla nikogo - bez względu na sympatię - nie ulegała wątpliwości. Kraj był jednak nadal podzielony na tych, którzy byli za Lubańskim oraz na tych, którzy kochali Kazika. Na igrzyskach obaj zdobyli złote medale, ale więcej sympatii zyskał Deyna. Deynę chciał każdy klub w Polsce, ale kiedy Legia "nabrała praw własności", żaden nie był w stanie go kupić. Nie miał możliwości finansowych, ani innych szans. Wtedy też Kazimierz Deyna stał się wschodzącą gwiazdą polskiego futbolu, który podbijał Europę, został sklasyfikowany na 6 miejscu wg "France Football" na najlepszego gracza kontynentu.

 

27 września 1972 - data ta jest ważna, bo tego dnia Legia ustanowiła rekord i pokonała Vikingur aż 9:0! "W nagrodę" przyjechał AC Milan, zdobywca Pucharu Europy i Pucharu Świata. Na Stadion Dziesięciolecia przybyło mniej więcej tyle samo ludzi, ile przyszłoby na Łazienkowską, ale na tym gigancie nie było ich widać. Oczywiście nie dlatego Legia rozegrała słaby mecz. Pierwszą bramkę strzelili nawet goście, na kwadrans przed końcem. Legia wyrównała w chwilę później, ale okoliczności w jakich do tego doszło zasługują na chwilę wspomnień. Romeo Benetti, który pilnował Kazimierza Deynę, uznał w pewnym momencie, że za linią środkową Polak nie jest groźny. Pozwolił mu na podanie piłki na lewe skrzydło i na chwilę przestał o nim myśleć, sądząc zapewne, że skoro Deyna pozbył się piłki, to już w tej akcji nie będzie brał udziału. Ale "Kaka" zrobił coś, co w końcówce meczu zasługiwało na uznanie. Pobiegł jak mógł najszybciej środkiem boiska, czując instynktownie co może się stać. Miał szczęście, że partner do którego podał - Stefan Białas - w tym momencie myślał na tych samych częstotliwościach. Coś takiego zdarza się w ważnych meczach piłkarskich raz na kilka lat. Kiedy Deyna biegł do bramki licząc na podanie od Białasa i nim zdążył do niego krzyknąć - teraz!- mocno podana piłka toczyła się już w jego kierunku. Kopnął ją z całych sił, prostym podbiciem tak mocno i celnie, że wpadła do siatki, ocierając się o poprzeczkę. Trafił w sam środek, ale bramkarz Pierangelo Belli nie zdążył podnieść rąk. Kiedy zobaczył piłkę w siatce zaczął... bić brawo Deynie! Dziesiątki wspaniałych piłkarzy grało na Stadionie Dziesięciolecia, ale tak pięknego gola chyba nikt tam nigdy nie zdobył!

 

Na jesieni 1973 słabe mecze wojskowych znalazły się w cieniu występów reprezentacji, która po zwycięstwie nad Walią i remisem z Anglia na Wembley awansowała po raz pierwszy po wojnie do finałów Mistrzostw Świata. Trzej przedstawiciele Legii - Ćmikiewicz,Gadocha i Deyna należeli do najlepszych, a tercet - Górski, Strejlau i Gmoch - też w komplecie tworzyli...legioniści! W połowie 1973 roku przyszedł na świat syn Kazimierza - Norbert Kazimierz Sebastian.

 

Latem 1974 roku Polska zajęła 3 miejsce na Mistrzostwach Świata, a Kazik został wybrany trzecim piłkarzem świata. Wg "France Football" został sklasyfikowany na 3 miejscu obok Cruyffa i Beckenbauera. W tym samym roku niemiecki "Kicker" przyznał Deynie "Brązową Piłkę" dla trzeciego piłkarza świata. Obok tych samych tak jak w RFN. Polacy zrobili furorę. Co wtedy pisano o nich i o Deynie?

 

Harry Valerin - (zachodnioniemiecki dziennikarz i teoretyk futbolu): "Świat się dowiedział, że nowy Rivera, nowy Gerson, nowy Netzer przybył do RFN z kraju, który dotychczas uchodził za piłkarską prowincję. Po zakończeniu mistrzostw zyskał Deyna miano najlepszego gracza środka pola na świecie. Jego atutami w grze nie jest szybkość i bojowość, jak u Gersona lub Netzera. Polak jest większym od nich artystą, takim jak Gianni Rivera, z tą jednak różnicą, że o ile Włoch umiał genialnie zainicjować akcję, o tyle Polak jest piłkarzem, który nie tylko sam kieruje grą całego napadu, ale również z niespotykaną siłą i precyzją sam potrafi strzelać na bramkę. Deyna jest zawodnikiem, który narzuca napastnikom takie, a nie inne tempo gry".

 

Hubert Burda - (zachodnioniemiecki dziennikarz): "Polak Deyna nie był w swoich akcjach tak prostolinijny jak Neeskens, ale dzięki rozumnym podaniom i dużej pracowitości porządkował grę w swoim zespole".

 

Hennes Weisweiler - (znany trener): "Polscy piłkarze pokazali to wszystko, co w tych mistrzostwach było najlepsze. Tacy zawodnicy jak rozgrywający Kazimierz Deyna reprezentowali chwytający za serce, świeży futbol ofensywny". Gazeta "Muenchner Merkur", po wygranym 3:2 meczu z Argentyną: "Polacy pokazali najbardziej nowoczesny styl. Ich numer 12, kapitan drużyny Kazimierz Deyna - to doskonały gracz, który z piłką przy nodze pokonywał spacerkiem obronę argentyńską, niby człowiek, który na filmie przechodzi przez ścianę".

 

Gazeta "La Libre Belgique": "Deyna - strateg, którego można porównać tylko do Beckenbauera".

 

Trzy miesiące po mistrzostwach Kazimierz Deyna został awansowany na podporucznika. To co było najszczęśliwsze stało się początkiem końca. Mistrzostwa w RFN i wszystko, co z nimi związane, przewróciły do góry nogami polski futbol. Zmieniła się mentalność piłkarzy, działaczy i sędziów. Dwa lata później reprezentacja zdobyła "tylko" srebrny medal na igrzyskach w Montrealu, z kadry odszedł Kazimierz Górski, w polskich klubach również działy się różne rzeczy. W połowie 1975 trenerem Legii zostaje Andrzej Strejlau, zdawać się mogło, że Legia może iść w górę. Z zespołu pamiętającego "złoty przełom" lat 60. i 70. pozostali już tylko Deyna, Pieszko, i Ćmikiewicz oraz Brychyczy... na ławce trenerskiej. Nic dziwnego, że gra wyglądała tak, jak przebudowująca się drużyna - 3:2 z Lechem i 2:0 z Polonią Bytom na początek rozgrywek, a potem 0:6 ze Stalą w Mielcu, a wkrótce także 0:6 z Szombierkami w Bytomiu. Za to sam Deyna też nie miał szczęścia podczas spotkania z Górnikiem. Zabrzanie grali lepiej, Andrzeja Szarmacha znów nie można było upilnować, strzelił dwie bramki, a piłkarze Legii i cały stadion byli wściekli. Deynę pilnował Henryk Wieczorek, na ogół czysto grający obrońca, w dodatku kolega Kazia z reprezentacji. Ale pilnowanie "Kaki" bez fauli było prawie niemożliwe. Wieczorek też się tego nie ustrzegł, kopnął legionistę z tyłu i wtedy Deyna nie wytrzymał nerwowo. Złapał piłkę i z całej siły kopnął ją w zabrzanina. Działo się to po gwizdku, którym arbiter oznajmiał nieczyste zagranie Wieczorka, a więc jedyną karą dla Deyny mogła być czerwona kartka. Szok, bo to jedyny taki przypadek w karierze "Kaki". Na marginesie - reakcja mediów była natychmiastowa, cała winę zrzuciły na... sędziego!

 

W roku 1977 Kazik kończył 30 lat. Z tej okazji został przeprowadzony wywiad dla "Piłki Nożnej". Oto fragment tego wywiadu: "Na moich nogach jest wiele śladów różnych meczów. Niejeden przeciwnik wolał od razu trafić w nogę, a nie w piłkę. Wyliczyłem sobie, że jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, mógłbym grać w piłkę do 33 roku życia. Mam dwa marzenia związane z reprezentacją - osiągnąć liczbę stu meczów i wyjechać na Mistrzostwa Świata. Jeśli to drugie stanie się faktem, właśnie w Argentynie, za rok pożegnam się z drużyną narodową. Chciałbym jednak ostatni mecz, taki naprawdę pożegnalny i uroczysty, rozegrać w Polsce, po powrocie z Ameryki Południowej. Zdobyłem chyba to, co w piłce możliwe było do zdobycia. Sporo było tych celów, apetyt rósł w miarę jedzenia. Kiedy byłem trampkarzem - chciałem grać w seniorach, później marzyłem o wspólnych występach w Legii z Brychyczym i Blautem. Następnym celem była reprezentacja, a kiedy i ona stała się faktem, chciałem być w niej najlepszy, pragnąłem też, żeby i ona okazała się najlepsza. Może jeszcze będzie. Zostałem królem strzelców Olimpiady, trzecim piłkarzem świata, wystąpiłem w jednej Drużynie Gwiazd z najlepszymi futbolistami globu. To wszystko mnie satysfakcjonuje. Tak. Osiągnąłem swój cel. Miałem propozycje gry w Saint Etienne, Milanie, Interze, Bayernie, Realu Madryt, AZ 76 Alkmaar, Neuchatel Xamax... Na przejście do Monaco namawiał mnie osobiście książę Rainier. Najdłużej rozważałem propozycję Realu, bo to było moje dziecięce marzenie" - dodał tylko - "ale gdzie tam, nie chcą mnie przecież puścić. Pewnie wyjadę, jak już nie będę mógł biegać. A kto mnie wtedy kupi?"

 

"Żołnierz Wolności" przeprowadził z nim wywiad, którego fragmenty przedrukowała niemal cała prasa, na polecenie Biura Prasy KC PZPR. Powiedział wtedy (a może nie powiedział, ale tak zostało wydrukowane): "...Moim celem jest gra w barwach CWKS Legia. Jest to dla mnie dużym zaszczytem, jak też bronienie honoru reprezentacji Polski. Moje życiowe losy związałem z Ludowym Wojskiem Polskim i jemu zamierzam dochować wierności... W życiu sportowca są przecież sprawy znacznie więcej warte niż dolary".

 

Po igrzyskach w Montrealu reprezentację Polski przejął Jacek Gmoch, rozpoczynając okres dwuipółletniej dyktatury. Zaczął wspaniale, od wyjazdowego zwycięstwa w meczu eliminacyjnym MŚ'78 z Portugalią. Wygrał też w Kopenhadze, na Cyprze, wreszcie w rewanżowych meczach z najtrudniejszymi rywalami na Stadionie Śląskim. To wtedy Kazimierz Deyna strzelił gola portugalskiemu bramkarzowi Manuelowi Bento bezpośrednio z rzutu rożnego. Ten gol i remis zdecydowały ostatecznie o drugim z kolei awansie do finałów Mistrzostw Świata. I do dziś niezrozumiała pozostaje atmosfera, towarzysząca wtedy Deynie. Był kapitanem drużyny, za którą cały kraj stał murem, jej najlepszym graczem, to on ostatecznie dokonał tego, po co sto tysięcy ludzi przyszło na stadion. Jak mu odpłacono? Porcją gwizdów, przeznaczoną zwykle dla przeciwników. Ciekawe ile by dziś dali ci co gwizdali, by urodził nam się taki drugi Deyna?? Pytam ile?!!! Dla Kazika argentyński Mundial nie wiązał się z żadnymi przyjemnościami. Nie tylko był słabszy od poprzedniego dla niego i zespołu, okazał się także pechowy z innych powodów. Po raz pierwszy od wielu lat pojawił się bowiem prawdziwy konkurent. Zbigniew Boniek był młodszy o prawie dziesięć lat, miał duży talent i umiał bić się o swoje. Rzut karny w meczu z Argentyną w Rosario. Złoty jubileusz i czarna chwila. Nikt nie zaprzeczy, że Deyna potrafił strzelać. W tym wypadku wszystko obróciło się przeciw niemu. W momencie karnego Argentyna prowadziła 1:0. Od jego strzału zależało czy wynik się zmieni. To jednak przeszkody chyba nie stanowiło. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi przeciw niemu - także nie. On już strzelał gole w równie trudnych sytuacjach. Rosjanom na Igrzyskach Olimpijskich, Jugosłowianom cztery lata wcześniej we Frankfurcie. Tym razem coś jednak przeszkodziło. Był to setny występ Deyny w reprezentacji Polski. Przed meczem kwiaty, owacje, artykuły w prasie. Setny mecz jako ósmy piłkarz na świecie. I to podczas finałów mistrzostw. Czy może być dla sportowca coś piękniejszego? Strzelić jeszcze bramkę, uczcić ten jubileusz, pokazać, że jeszcze jestem, zrobić prezent synowi, który kilka dni później kończył pięć lat. Kaziu jak zwykle wziął piłkę, bez słowa, na nikogo nie patrzył, z nikim nie rozmawiał. Podszedł do niego Boniek: - "Kaziu, jeśli nie czujesz się na siłach, może ja strzelę.." Boniek był ostatnią osobą, na rzecz której Kazik zrzekłby się tego karnego. Chciał strzelić jak nigdy dotąd. I nie wytrzymał. Zawiódł po raz pierwszy. Strzelił jak Marićovi w 74 roku. Argentyński bramkarz Matildo Fillol był wtedy w RFN i wyciągnął wnioski. Tak Deyna żegnał się z reprezentacją. Tydzień później rozegrał w niej ostatni mecz - z Brazylią, a o karnym nigdy nie chciał mówić.

 

Świat o Deynie jednak nie zapomniał. Jeden niecelny strzał nie mógł przekreślić długoletniej wielkiej kariery. Pele, który już podczas mistrzostw w RFN wynosił pod niebiosa Deynę, teraz zaprosił go wraz z małżonką do Nowego Jorku, na mecz Cosmos - Reszta Świata. Mecz odbył się 30 sierpnia 1978 roku na stadionie Giants i zakończył remisem 2:2. W Cosmosie grali miedzy innymi: Franz Beckenbauer, Brazylijczyk Carlos Alberto, Giorgio Chinaglia z Włoch i gościnnie Johan Cruyff. Zaś w zespole Reszty Świata takie gwiazdy jak: brazylijski bramkarz Leao, argentyńscy mistrzowie świata Jorge Olguin, Alberto Tarantini i Americo Gallego, Holendrzy Johnny Rep, Wim Rijsbergen, Peruwiańczyk Teofilo Cubillas, Brazylijczyk Roberto Rivelino i Polacy Grzegorz Lato i Zbigniew Boniek. Jan Tomaszewski nie mógł skorzystać z zaproszenia, ponieważ debiutował w Berschot Antwerpia. Na po meczowym bankiecie w hotelu Plaza do Kazika podszedł Pele, w towarzystwie właściciela Cosmosu, tureckiego multimilionera Erteguna, znacznie młodszego od Deyny i powiedział: "Słuchaj, Kaz, bardzo nam się podobała twoja gra. Może chciałbyś zostać w Nowym Jorku. Mamy tu niezłą drużynę. W ataku grałby Cruyff z Chinaglią, a w pomocy ty, Beckenbauer i Rivelino. Co ty na to?" Kazik nie wyraził zgody. Trzy tygodnie wcześniej prezydent Manchesteru City wystąpił o pozwolenie na pracę w Anglii dla Deyny. Ostatnia szansa przybrała realne kształty. Dostał pozwolenie na wyjazd do kraju będącego członkiem NATO. Grał w Legii do końca pod kierunkiem Andrzeja Strejlaua. 28 października 1978 roku rozegrał mecz, który pamięta się latami. Prowadzona przez Antoniego Piechniczka Odra z Józefem Młynarczykiem i Romanem Wójcickim pokonała Legię 5:3 w Warszawie. Ale dwie z tych trzech bramek strzelił właśnie Deyna. Były to ostatnie gole jakie strzelił w barwach Legii i ostatnie w Polsce. Tak wspomina jedną z bramek Młynarczyk: "...Piłka leciała nade mną, byłem przekonany, że ominie bramkę, ale nagle spadła za mną, niemal dosłownie "za kołnierz" jak to zwykliśmy określać".7 listopada 1978 roku wyjechał z żoną i synem do Manchesteru. Z Polską ostatecznie pożegnał się 18 września 1979 roku. Na Stadionie Wojska Polskiego zagrał pół meczu w białej koszulce Legii, a drugą w błękitnej Manchesteru City. Obydwie miały na plecach numer 10.

 

7 listopada 1978 roku wyjechał z Polski, a 9 listopada podpisał kontrakt, mimo że oficjalną zgodę PZPN otrzymał dopiero dwa tygodnie później. Jego manager Ted Miodonski, mieszkający w Kaliforni, doprowadził swoje trzymiesięczne zabiegi, w których udział brał prezes Manchesteru City Peter Swales i sekretarz Bernard Halford do szczęśliwego - jak się wówczas wydawało - końca. Manchester City zapłacił sto tysięcy funtów, zobowiązał się do rozegrania z Legią dwóch meczów - w Warszawie i Anglii oraz do przekazania stronie polskiej jednego kompletu sprzętu Adidasa. Ponieważ nie określono jakiego, bo mało kto jeszcze wtedy wiedział jak się takie sprawy załatwia, przeto Anglicy dali nam towar najsłabszy z możliwych. Deyna był drugim - po Jugosłowianinie Ivanie Golacu, który przeszedł kilka tygodni wcześniej z Partizana Belgrad do Southampton - piłkarzem z Europy Wschodniej, podpisującym kontrakt z zawodowym klubem angielskim. W sierpniu roku 1979 uczynił to Dragoslav Stepanović, reprezentant Jugosławii, znany trener w Bundeslidze, który przez kilka miesięcy był partnerem Deyny w Manchesterze.

 

Na lotnisku Ringway Kazika oczekiwali dziennikarze i grupa kibicow Manchesteru. Przywitano go jak prwadziwego mistrza, wiedząc wcześniej że Deyna dla Legii rozegrał ponad 400 meczy i strzelił ok.150 goli. 25 listopada po raz pierwszy włożył błękitną koszulkę Manchesteru City, w meczu z Ipswich Town. Stadion Maine Road wypełniony był po brzegi. Około 40 tys. widzów, z czego większość przyszła, by zobaczyć Deynę. Fani jednak, zamiast oglądać pokazy "Kaki" musieli przełknąć porażkę swojego zespołu. Manchester City uległ 1:2 ! Wiosną 1979 roku Kazik walnie przyczynił się do uratowania drużyny przed spadkiem, strzelając w ośmiu ostatnich meczach sezonu siedem goli. Nie upłynęło jednak wiele czasu, jak z czołówek gazet przeniósł się na ławkę rezerwowych. W Manchesterze mieszkał w dzielnicy Wilmslow, gdzie z żoną i synem zajmował mieszkanie w domku, który u nas nazywamy segmentem. Zawsze chciał grać w Anglii, zwłaszcza po meczu na Wembley. W powszechnej opinii dokonał wyboru najgorszego z możliwych (biorąc pod uwagę fakt, że miał w wieku 31 lat niewiele możliwości), jednak nigdy się do tego nie przyznał. Uważał, że zrobił dobrze wyjeżdżając do Manchesteru, bo choć nie stanowiło to ukoronowania kariery tak, by ranga klubu i jego osiągnięcia pasowały do mistrza, to jednak spełnił jedno z młodzieńczych marzeń - został pierwszoligowym piłkarzem angielskiego klubu. Najważniejszy problem stanowiło to, że Kazik nie miał cech typowych dla angielskiego futbolisty, a posiadał takie, jakich nie znali Anglicy, a przynajmniej absolutna większość klubowych partnerów. Deyna nie był szybki, nie wdawał się niepotrzebnie w walkę, raczej słabo grał głową. Głowę miał od myślenia, do odbijania piłki natomiast - tylko w ostateczności. Obsługiwał partnerów takimi podaniami, że ci wiele z nich marnowali, nie przewidując w ogóle takich zagrań. Nie znali ich z podręczników najlepszych w świecie brytyjskich teoretyków i nie pokazywali ich trenerzy. Patrzyli więc na nowego kolegę z komunistycznego kraju jak na człowieka dzikiego, który zdobył te wszystkie sukcesy, o jakich musieli słyszeć, w niezrozumiały dla nich sposób. Będąc w Anglii nie pisał do nikogo, i dla rodziny, którą bez wątpienia bardzo kochał, nie zrobił wyjątku. Nie lubił pisać, mówić, wolał grać. Kiedyś w Anglii odwiedził go Stefan Szczepłek (późniejszy autor książki "Deyna") powiedział do niego "Wiesz, oni nie bardzo wiedzą gdzie powinienem grać. Szukają mi pozycji i nie mogą znaleźć. Ja się z tego śmieję, ale czasami mam już tych głupków dość. Ostatnio wymyślili, że będę środkowym napastnikiem. Widzisz mnie tutaj w tej roli? Zadaniem środkowego na wyspach jest rozpędzenie się w kierunku bramki przeciwnika, na jego polu karnym wyskoczenie w górę i walnięcie łokciem stopera w twarz. Jemu mówią żeby to samo zrobił z tobą. Kiedy dochodzi do starcia, to jakby zderzyły się dwie lokomotywy. I ja mam to robić? Nigdy. Wyjeżdżam stąd niedługo, nie wiem tylko gdzie. Mogę jeszcze pograć we Francji lub w Stanach. Zastanowię się".

 

W Anglii mieszkał od listopada 1978 do stycznia 1981. W tym okresie drużyna Manchesteru City rozegrała 97 meczów ligowych. Deyna wystąpił tylko w 38, strzelił 12 goli. Jego partnerami byli między innymi reprezentanci Anglii i Szkocji - bramkarz Joe Corrigham - jeden z najlepszych kolegów w klubie, Mike Channon, Peter Barnes, Szkot Asa Hartford - jego główny rywal, hołubiony przez managera generalnego Tony Booka i trenera Malcolma Allisona, stoper Dave Watson, Colin Bell, Dennis Tueart, Phil Boyer oraz Szkot Willie Donachie. Brak miejsca w szerokiej kadrze Manchesteru City skłonił Kazika do szybkiego wyjazdu do USA, decyzję pomógł mu podjąć znowu Ted Miodonski, o którym po pewnym czasie nie powie dobrego słowa. Mieszkał w USA i tam sprowadził piłkarza z rodziną. Ostatni raz w błękitnej koszulce wystąpił 22 października 1980 roku w Manchesterze w meczu z Tottenhamem (3:1), a autorem ostatniej bramki był 19 kwietnia 1980 roku w meczu z Bristol 3:0.

 

Chociaż Deyna występował krótko w M.C. był niewątpliwie najlepszym i najbardziej uzdolnionym piłkarzem na tle całej drużyny niebieskich w latach 1978-81.

 

23 lutego 1981 roku Kazik podpisał kontrakt z zawodową drużyną piłkarską San Diego Sockers (za 35 tysięcy dolarów). To był początek nowej drogi, ale jednocześnie koniec wielkiej kariery. Od tej pory przez ponad pięć lat mierzył się z amerykańskimi nastolatkami i podstarzałymi piłkarzami z Europy, którzy tak jak on w Stanach Zjednoczonych kończyli swoje kariery lub przebywali tu, by zarobić podczas wakacji. Nadal był gwiazdą, w swoim czasie najbardziej utytułowanym piłkarzem na kontynencie amerykańskim, choć przed nim grali tam Pele, Beckenbauer, Cruyff, Eusebio, Muller i inni. Uchodził za Wielkiego Mistrza, znanego na Starym Kontynencie, a Ameryka miała zawsze kompleks Europy i ceniła wszystko, co z niej pochodziło. Deyna reprezentował kunszt rzadko spotykany. Był konstruktorem i egzekutorem. Grał w North American Soccer League (rozgrywki na normalnych boiskach) i w Major Indoor Soccer League (rozgrywki halowe). Przez pierwsze dwa lata około dziewięćdziesięciu meczów rocznie, czyli mniej więcej dwa razy w tygodniu. Ustanowił wciąż obowiązujący (bo NASL już nie istnieje) rekord. 12 sierpnia 1983 roku, występując w San Diego przeciw Tampa Bay Rowdies, zdobył miano najbardziej produktywnego piłkarza ligi. Strzelił cztery bramki, a pięć kolejnych padło z jego podań. Dało mu to 13 punktów w specyficznej, przypominającej hokejową, klasyfikacji, dzięki czemu pobił o jeden punkt rekord Giorgio Chinaglii z Cosmosu N.Y. Sockersi wygrali 9:1! Znalazł się w jedenastce najlepszych piłkarzy sezonu 1983/84, mając w niej za partnera między innymi Stanisława Terleckiego, wówczas piłkarza Cosmosu i San Jose Earthquakes. Na otwartych boiskach z naturalną i sztuczną trawą grał do końca 1984 roku, nie rezygnując przy tym z sezonu indoor. Później, aż do połowy 1987 grał w piłkę w halach, walcząc o mistrzostwo MISL. Telegram gratulacyjny przysłał mu prezydent Ronald Reagan, a reżyser John Houston zaangażował go do filmu "Victory". U boku Pelego, Bobby'ego Moore'a, Osvaldo Ardilesa, Paula van Himsta oraz aktorów Maxa von Sydowa, Sylvestra Stallone i Michaela Caine Deyna zagrał rolę polskiego żołnierza, więźnia stalagu, członka międzynarodowej drużyny piłkarskiej, ogrywającej Niemców podczas okupacji w Paryżu. Walczył skutecznie. Jego zespół aż pięciokrotnie (najwięcej razy w USA) zdobywał tytuł, a on trzy razy - w latach 1983, 1985 i 1986 do tego się przyczynił.

 

Ostatni prawdziwie zawodowy mecz o punkty rozegrał 31 maja 1987 roku w Western Division Finals, przeciwko drużynie Tacoma Stars i tę datę należy uznać za oficjalne zakończenie kariery. Miał wtedy już prawie czterdzieści lat. Wtedy też zdobył pożegnalną bramkę. Kazik, który wcześniej nie pił i nie palił w miarę upływu lat coraz częściej zaglądał do kieliszka. Zaczął jeszcze w Anglii, czego nie dało się ukryć, ponieważ policja zabierała mu prawo jazdy za prowadzenie samochodu i drobne wykroczenia drogowe właśnie pod wpływem alkoholu. Widocznie miał swoje powody. Zachwycano się jego umiejętnościami, demonstrowanymi mimo wieku, dziwiono się, że jeszcze w ogóle chce mu się grać. Mieszkał przecież w ładnej willi przy Helen James Avenue, w ogrodzie miał basen, w garażu Cadillaca. Do plaży nad Pacyfikiem pół godziny autostradą. Był w mieście bardzo popularny, choć soccer to nie football, baseball czy koszykówka. Z czasem o coraz większej liczbie sukcesów zaczynał mówić w czasie przeszłym. Grał nie tylko dlatego, że lubił. Grał, bo musiał, nie umiał robić nic innego i stanowiło to jedyne źródło utrzymania. Nic dziwnego, że po zakończeniu kariery prowadził zwykły amerykański business - wakacyjne obozy szkoleniowe dla chłopców od dziewięciu do szesnastu lat. Nazywało się to "KAZ DEYNA WORLD CUP SOCCER CAMPS". Przyłączył się też do innego interesu, założonego przez jego bliskiego kolegę z Sockersów, Niemca Gerta Wieczorkowskiego. Oni dwaj oraz inne gwiazdy zespołu - Julie Veee i Jean Willirch znaleźli się w podobnej sytuacji. Ich miejsca zajęli młodsi, należało coś robić żeby normalnie żyć. Wieczorkowski założył drużynę, czy może klub o nazwie The Legends. Grały w nim niedawne gwiazdy, dziś oldboye, legendy soccera w Kalifornii. Siedziba klubu znajdowała się oficjalnie, ze względów podatkowych, w Tijuanie, już po meksykańskiej stronie granicy, przebiegającej tuż za San Diego. Mieli konkretne plany - tourne po Europie i Ameryce, popularyzujące futbol w wersji europejskiej. Zamierzenia te związane były z mistrzostwami świata w USA i miały otrzymać placet Komitetu Organizacyjnego. Deyna miał więc być kimś w rodzaju agenta reklamowego World Cup 1994. Podobno miał zostać zaangażowany przez amerykańską federację piłki nożnej do pracy z reprezentacją tego kraju jako asystent głównego trenera, ale nigdzie nie potwierdzono tej informacji. Wszystko jednak możliwe. Urodzony koło Karpacza John Kowalski prowadził halową reprezentację USA, a przez pewien czas był asystentem Bory Milutinovića, przygotowującego team do World Cup. Wszystko to, co działo się z Deyną na boisku i coraz częściej na ławce rezerwowych wpływało na jego życie osobiste. Dopóki grał, zarabiał po 45 tysięcy dolarów rocznie plus 500 dolarów premii za każdy wygrany mecz. Dopóki grał. Rozstano się z nim niemal dokładnie w dniu czterdziestych urodzin. Kazik nie lubił się z angielskim trenerem Ronem Newmanem. Na jego wniosek prezydent klubu nie przedłużył umowy z Polakiem. Delegacja piłkarzy na czele z Julie Veee nic nie wskórała. Kiedy dowiedzieli się o tym bossowie Tampa Bay Rowdies natychmiast złożyli mu propozycję - jesteś u nas grającym trenerem na warunkach znacznie lepszych niż miałeś w San Diego. Nie zgodził się, bo nie w smak mu była przeprowadzka z Kaliforni na Florydę. Zaczęły się kłopoty. O jego życiu prywatnym nikt nigdy nie znał całej prawdy, bo Kazik nie czuł najmniejszej potrzeby mówienia o tym komukolwiek. Nawet żona nie wiedziała wszystkiego: - "Nazywała go "Kotem", bo jak kot chodził własnymi ścieżkami. Do kłopotów z pracą doszły następne, niespodziewane. Duża strata finansowa, sięgająca pół miliona dolarów. Ted Miodonski, człowiek któremu ufali przez lata, okazał się nieuczciwy. Znał numery kont bankowych Deynów, obracał ich pieniędzmi, pożyczał ale nie oddawał (osobiście bym go skopał:)." Doszło nawet do procesu sądowego, ciągnął się on jednak latami a zakończył w roku 1994, czyli już po śmierci Kazika. Żona wygrała, ale nic jej to nie dało - Miodonski był już wtedy bankrutem i nie mógł oddać tego, co im zabrał. Wraz z odsetkami była to kwota sięgająca miliona dolarów. W domu nagle zaczęło brakować pieniędzy na życie na poziomie, do jakiego byli przyzwyczajeni. Kazik pił coraz częściej. Pewnie zdawał sobie sprawę, że coś bezpowrotnie się skończyło, a on przestał mieć już na to wpływ. Dyrygował dziesięcioma ludźmi na boisku, ale nie umiał pokierować własnym losem tak, by uniknąć stresów, rozczarowań, a ostatecznie śmierci. Znał go cały świat, każdy chciał uścisnąć mu rękę, opływał w dostatek i nagle, w ciągu kilku miesięcy wszystko się odmieniło. Koniec gry, strata pieniędzy, coraz częstsze podróże do Las Vegas, kończące się porażkami w kasynach, znowu whisky, dziewczyny, kłopoty w domu itd. Nie wytrzymał tego wszystkiego. Nawet kiedy pojechał w lipcu do Danii na europejskie mistrzostwa oldboyów i spotkał się z kolegami sprzed lat, nie mówił nikomu o swoich problemach. Jak dawniej, jak zawsze. Koledzy mówili mu - "KAKA", masz godzinę lotu do Warszawy. Wsiadaj z nami. Nie byłeś w Polsce dziesięć lat. Odpowiedział tylko - "nie mogę". Może nie miał pieniędzy, może były jakieś inne powody. Już się nie dowiemy.

 

Zginął w nocy, 1 września 1989 roku. Informacje o wypadku dzienniki podały obok swych winiet, a w programie informacyjnym lokalnej telewizji była to pierwsza wiadomość.

 

Wracał z południa, od strony Meksyku, w kierunku domu, znajdującego się na północ w stosunku do centrum San Diego. Jechał białym, starym Dogem Coltem z 1974 roku, o numerze rejestracyjnym 953 MFCA. Zjeżdżał z Interstate Route 15 przy Miramar Road. Wracał do domu przy 9949 Maya Linda, gdzie kilka tygodni wcześniej się przeprowadził. Żona pozostawała w ich wspólnym do niedawna domu na Helen James Way, syn Norbert uczył się w San Francisco. Na sześciopasmowej autostradzie I-15, na północ od Miramar Road stał samochód ciężarowy Ford F-600, należący do Meksykanina Manuela Vasqueza, zamieszkałego w kalifornijskim San Ysidro. Samochód zepsuł się, więc kierowca zostawił go prawidłowo na prawym skrajnym pasie (awaryjnym), zapalił żółte pulsujące światła i poszedł szukać pomocy. Było już po północy. Ciepło, sucho. Drogę w tym miejscu, w pobliżu skrzyżowania, oświetlały latarnie. Niewielki ruch, żadnych nadzwyczajnych okoliczności. Maksymalna prędkość na tym odcinku drogi wynosiła 55 mil, czyli niecałe 100 kilometrów na godzinę. Kazik znacznie tę granicę przekroczył. Może zasnął, może migające miarowo żółte światła ostrzegawcze trucka wziął za jakieś inne. Jechał tak, jakby niczego przed swoim samochodem nie widział. Jedynie pustą, wolną drogę. Całą siłą jednotonowego Dodge'a uderzył w tył zaparkowanej ciężarówki. Policja nie stwierdziła śladów hamowania. Swoim autem wpadł na stojący samochód przednią prawą stroną. Miał zapięte pasy, ale to mu nie pomogło. Przednia część samochodu została zmiażdżona aż do fotela kierowcy. Kazik nie żył nawet minuty od momentu zderzenia. Była godzina 1.25 w nocy. Zginął na miejscu. Coroner Charles Kelly napisał w raporcie, że przyczyną śmierci były liczne obrażenia głowy, klatki piersiowej a w ślad za nimi także i wewnętrzne. Deputy Medical Examiner John W.Eisele sporządził później pięciostronicowy raport, w którym jako cause of death podaje - multiple injuries. Urazy były tak liczne i widoczne, że Kazik pochowany został z zabandażowaną głową. Zidentyfikowano go na podstawie prawa jazdy, które akurat wyjątkowo trzymał w kieszeni dżinsów, bo zwykle jeździł bez prawa jazdy, oraz okolicznościowego sygnetu. Otrzymał go od prezydenta San Diego Sockers po zdobyciu kolejnego halowego tytułu mistrza Stanów Zjednoczonych. W bagażniku wiózł 22 piłki, którymi tego dnia prowadził trening z małymi chłopcami. W chwili wypadku Kazik miał na sobie dżinsy, włożone na gołe ciało i żółto-czarną letnią koszulkę z krótkim rękawem. Wyraźnie kierował się w stronę zjazdu z autostrady w ulicę Carroll Canyon. Wypadek ze skutkiem śmiertelnym zarejestrowany został w biurze coronera w San Diego pod numerem 89-1902. Deyna określony w nim został jak mężczyzna rasy "caucasian" czyli białej, o brązowych włosach i niebieskich oczach. Wzrost: 5,10. Waga: 160. W stopach i funtach. Najbardziej prawdopodobną przyczyną zdarzenia wydaje się zaśnięcie.

 

Pięknie żył. Był dobrym, lubianym człowiekiem. Nie wytrzymał tych zmian. Nie potrafił robić nic innego poza grą. Tylko uczenie dzieci dawało mu satysfakcję. Mówił zawsze: "Mam w życiu jedno marzenie. Kiedy już dobrze się ustawię w tej Ameryce, wrócę do Polski i założę szkółkę piłkarską dla dzieci". Po śmierci żona zawiadomiła kogo się dało. Nie przyjechał nikt.

 

Nabożeństwo żałobne w klasztorze Karmelitów odprawił w języku angielskim i polskim ksiądz Marian Sikorski. Trumnę wniosło sześciu żołnierzy gwardii honorowej Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Kazimierz Deyna nie zmienił obywatelstwa, był jednak porucznikiem Wojska Polskiego, przysługiwało mu więc prawo do pogrzebu z honorami wojskowymi. Odegrano hymn amerykański a po nim polski. puszczono płytę z ulubioną piosenką Kazika w wykonaniu Elvisa Presleya - "Memories". Msza trwała godzinę. Za trumną siedziała Mariola z szesnastoletnim Norbertem. Byli piłkarze z San Diego Sockers, wśród nich reprezentanci USA - Fernando Clavijo, Hugo Perez i Brian Quinn. Przyszli Polacy zamieszkali w San Diego i ubrani w biało-czerwone stroje chłopcy, których uczył. Żegnało go około stu osób, chociaż przez całe życie oklaskiwały setki tysięcy. Pochowany został na cmentarzu El Camino Memorial Park, w podwójnej trumnie - miedzianej i z drewna wiśniowego. Nie skremowane zwłoki mogą być w każdej chwili przewiezione do Polski. Na razie są tam, gdzie mieszka żona i syn. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 9 września 1989 roku. W Polsce zaczynał się 10 września, kolejna rocznica zdobycia przez reprezentację Polski złotego medalu olimpijskiego. Dzień Piłkarza...

 

W miesiąc po wypadku zespół San Diego Sockers, złożony z kolegów Kazika, rozegrał mecz, z którego dochód przekazano żonie i synowi zmarłego. Norbert miał na sobie koszulkę ojca, ponieważ w tym jednym meczu zastępował go na boisku. Numer 10, z nazwiskiem Deyna na plecach.

 

Dwa lata później, w listopadzie 1991 roku, w przerwie meczu Sockersów z Baltimore Blast, odbyła się w hali Sports Arena ceremonia przekazania do galerii sławy klubu koszulek dwóch piłkarzy. Pierwszym był grający z numerem 15 Jean Willrich, piłkarz niemieckiego pochodzenia, urodzony w Koblencji, drugim Kazimierz Deyna. Ich koszulki zostały oprawione w specjalne passe-partout, przykryte szkłem i powieszone na ścianie sali, w której odbywają się posiedzenia zarządu. Od tamtej pory nikt z numerem 10 w San Diego Sockers nie gra. Z okazji tej uroczystości klubowa i południowa kalifornijska prasa przypomniała sylwetkę polskiego piłkarza. Wyliczono jego sukcesy w Polsce i świecie, rozegrane mecze i strzelone gole. Założyciel Sockersów, Bob Bell, przypomniał, że sukcesy klubu nie byłyby możliwe bez Polaka. Żona i syn byli honorowymi gośćmi uroczystości, którą w hali oglądało 10.293 kibiców. Los Angeles miało swojego Magica Johnsona, a San Diego Magic Kaz Deyne.

 

Reprezentant Stanów Zjednoczonych, uczestnik World Cup'94, kolega i uczeń Deyny - Fernando Clavjio powiedział o nim: "Nie sądzę bym kiedykolwiek widział piłkarza, który podawałby piłkę lepiej niż Kazzie".

 

Gert Wieczorkowski powiedział: " W San Diego nigdy nie grał nikt lepszy od Kazia".

 

Jedno ze wspomnien o Deynie klubowy magazyn "Sockers Today" opatrzył tytułem: "Kaz Deyna was a Legend for Soccers and Sockers". "Nie wiemy czy w niebie gra się w piłkę nożną. Jeśli tak można mieć pewność, że The Magician Kazzie w niebieskiej drużynie nosi na rękawie kapitańską opaskę".

 

Kochany przez miliony kibiców, nie miał prawdziwych przyjaciół i specjalnie o to nie dbał. Pozostały tylko wspomnienia i żal, że nie poszedł drogą, którą dziś idą jego partnerzy z boiska. Jeszcze dziś pewnie pokazałby młodym jak strzelić gola prosto z rzutu rożnego.

 

Nigdy wcześniej nie było, nie ma, i długo nie będzie w Polsce takiego dyrygenta, mózgu zespołu, jakim był Kazimierz Deyna. Deyna potrafił wszystko!!!

 

 Autor: Stefan Szczepłek
Źródło: książka "Deyna" / www.deyna.info 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.
Sign in to follow this  

  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×